niedziela, 19 sierpnia 2012

Studia międzynarodowe

Screen shot 2011-06-24 at 08.15.39 Ania przyjechała do Irlandii w ramach programu Erasmus. Przez 9 miesięcy studiowała europeistykę na Trinity College. Zdobyte doświadczenie i nowe umiejętności zamierza wykorzystać w kraju.
Jola: Aniu, kiedy i dlaczego przyjechałaś do Irlandii?
Ania: Przyjechałam tutaj  na początku września ubiegłego roku. Na studia. Dostałam się na Trinity College w ramach programu Erasmus. W trakcie składania dokumentów trzeba było zaznaczyć preferowane uczelnie. Duże znaczenie miał język angielski jako język wykładowy i oczywiście prestiż uczelni. Takie same warunki oferował Londyn, którego jednak nie wybrałam. Dlaczego więc Irlandia ? Wszystko jest chyba „winą” twórczości Roberta Kasprzyckiego, który jest moim ulubionym wykonawcą, a przy okazji dużo współpracuje z polskim zespołem Carrantuohill, grającym muzykę irlandzką. Artyści grając wspólnie, śpiewali tak sugestywne piosenki o Irlandii, doprawiając to swoimi opowiadaniami , że Irlandia stała się dla mnie mityczną zieloną krainą pełną legend
i życzliwych ludzi. Bardzo chciałam sprawdzić ile z ich opowiadań jest prawdą, po czasie muszę przyznać, że mieli wiele racji.
Jola: Na jakim kierunku studiowałaś w Polsce?
Ania: Zarówno w Polsce, jak w Irlandii studiowałam europeistykę. Ten kierunek skusił mnie możliwością poznawania Europy od różnych stron. Zapewnia przedmioty związane
z kulturą i społeczeństwem europejskim, ale także z prawem i ekonomią UE.Dodatkowo zapewnia możliwość wyjazdu na rok na studia za granicą, co również było mocnym argumentem. Zdecydowanie nie zawiodłam się po tym wyborze. Na Uniwersytecie Jagiellońskim trafiłam na świetnych, otwartych i przyjaznych wykładowców, którzy otworzyli nas na świat i poszerzyli horyzonty. To ludzie, którzy ufają swoim studentom pozwalając im samodzielnie komponować program studiów i wybierać tematy pracy naukowej związane z indywidualnymi – czasami bardzo dziwnymi – zainteresowaniami studentów. Wszystko oczywiście w ramach tematów związanych z Europą.
Jola: Na czym polega program Erasmus, w ramach którego przyjechałaś do Dublina?
Ania: Program Erasmus to jeden z unijnych projektów, w ramach większego projektu „Uczenie się przez cale życie” Umożliwia wymianę studentów z krajów Unii Europejskiej oraz krajów partnerskich programu(np. Turcja, Islandia). W przypadku mojego kierunku prawie wszyscy studenci gdzieś wyjeżdżają, jesteśmy do tego bardzo zachęcani, ale
o najlepsze uczelnie stara się wiele osób. Po złożeniu kompletu podstawowych dokumentów (ogólny formularz, list motywacyjny z wyborem uczelni i zaświadczenie o znajomości języka) następuje rozmowa kwalifikacyjna, po której specjalna komisja przydziela studentów do poszczególnych uczelni. Jeśli chodzi o kwestie finansowe to stypendium Erasmusa ma za zadanie wyrównania różnicy kosztów życia pomiędzy Polską a krajem, do którego się wyjeżdża. W moim przypadku było to 350 € miesięcznie, co w połączeniu z tym co i tak wydałabym w Polsce na życie, wystarczało na podstawowe potrzeby.
Jola: Jakie według ciebie są różnice miedzy studiowaniem w Polsce a w Irlandii? Gdzie
i dlaczego bardziej ci się podoba?



Ania: Trudno jest powiedzieć, że gdzieś bardziej mi się podoba. W obu krajach studiuje się po prostu trochę inaczej. Europeistyka na UJ i tak odstaje od standardów nauczania
w naszym krajów, można -powiedzieć, że jest bardziej „europejska” od większości kierunków. Mamy świetną kadrę, która nadrabia braki sprzętowe. Bo trzeba przyznać, że Trinity College pod względem sprzętu i usług oferowanych studentom bije polskie uczelnie na głowę. Biblioteka czynna do późnych godzin nocnych, gdzie nikt nie patrzy na studentów jak na potencjalnych złodziei książek, gdzie można spacerować pomiędzy regalami
w poszukiwaniu książek. Dostępne przez całą dobę miejsca do nauki, laboratoria i sale komputerowe, darmowy basen i siłownia. Liczne kafejki i stołówki a nawet pub. Dodatkowo mnóstwo różnych klubów zainteresowań od szydełkowania, przez wspinaczkę aż do klubu przyszłych maklerów giełdowych. Wszystko to sprawia, że studenci na Trinity spędzają całe dnie . Przychodzą rano, chodzą na zajęcia, spotykają się ze znajomymi na kawie, uczą się
a na koniec idą na warsztaty kół zainteresowań, które kończą się późną nocą. Znam i takich co czasami przesypiali noce na uczelni, odświeżając się później w prysznicu na siłowni. Wszystko to z drugiej strony powoduje, że czasami jest ciężko wyciągnąć studentów poza uczelnię i zachęcić  do jakiegoś wyjazdu lub wyjścia nie związanego ze studiami.
Jola:  Co oprócz studiowania robiłaś w Irlandii? Czy wystarczało ci na cokolwiek poza studiowaniem czasu?
Ania: Jak już powiedziałam, na uczelni działa wiele klubów zainteresowań. Ja byłam członkiem klubu żonglerskiego i chodziłam na kurs tańca towarzyskiego. Oprócz tego zaangażowałam się w działania 87 Polskiego Szczepu w Dublinie czyli polskich skautów. Pomagałam prowadzić zajęcia z Beversami czyli odpowiednikiem naszych polskich zuchów. Dawało mi to dużo radości, bo były to świetne dzieciaki, a dodatkowo w Szczepie działa wielu niesamowitych, pełnych energii ludzi i ta energia, którą dostawałam od nich co sobotę wystarczała na cały tydzień nauki.

Jola
:  Co dobrego a co być może gorszego pozostanie w Twoich irlandzkich wspomnieniach?
Ania: W moich wspomnieniach pozostaną na pewno ludzie, których poznałam zarówno na uczelni jak i w skautingu. Mam nadzieję, że te znajomości przetrwają na dłużej. Ten rok na studiach był niesamowitą przygodą i świetną zabawą. Zobaczyłam, że można nieco inaczej uczyć i podchodzić do nauki bo tutaj studenci dużo poważniej podchodzą do studiowania
i mają chyba nieco więcej pracy niż polscy studenci. Jeśli chodzi o negatywne wspomnienia – mam tylko jedno: osoba, która nie chciała mi wynająć mieszkania tylko dlatego, że jestem Polką.
Jola: Jeśli tęsknisz za Irlandią – to za czym?
Ania: Tęsknię czasami za uczelnią a bardziej ludźmi z uczelni, tęsknie bardzo za dzieciakami, kadrą harcerską i naszymi spotkaniami. Tęsknie za widokami, zielenią, chłodniejszym niż w Polsce klimatem (nie cierpię upałów) i przede wszystkim za jakimś takim luzem Irlandczyków – im się nie śpieszy tak jak Polakom – mają czas żeby spokojnie usiąść w pubie i porozmawiać czy oglądnąć mecz. O właśnie, w całym Krakowie nie ma ani jednego baru gdzie można by wspólnie usiąść ze znajomymi i obejrzeć program telewizyjny np. Xfactor czy relacje z jakiegoś ważnego wydarzenia kulturalnego – nikt z moich znajomych nie ma telewizora i taki pub byłby świetnym pomysłem.
Jola: Jakie są twoje plany na bliższą /i dalszą przyszłość? Czy zamierzasz zostać
w Krakowie czy jednak chciałabyś wyjechać za granicę? Gdzie i dlaczego widzisz  większe
możliwości własnego rozwoju?
Ania: Póki co zostaję w Krakowie – pracuję tu jako przewodnik w Jaskini Wierzchowskiej
i działam w Fundacji R2 (ratownicy medyczni na motocyklach i rowerach). Muszę jeszcze obronić pracę magisterską. Idę też na roczne studia podyplomowe związane z pracą
w organizacjach pozarządowych. Później planuję jeszcze wyjechać gdzieś na rok z EVS –programu wolontariatu europejskiego. Nie wyobrażam sobie jednak stałego mieszkania za granicą, bardzo lubię Kraków i chciałabym się jakoś dołożyć do jego rozwoju, najchętniej pracując w jakimś NGO’sie. Ale kto wie co będzie za parę lat ? ;)
Jola: Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w realizacji wszystkich planów życiowych.
Ania: Dziękuję.

Harcerskie Jamboree

 


PC195616Na początku XX wieku generał Robert Baden-Powell napisał książkę, zawierającą  wskazówki i porady dla młodych zwiadowców. Bardzo szybko podręcznik okazał się bestsellerem, tym samym zapoczątkowując ruch skautowy, w Polsce zwany harcerstwem. Od ponad stu lat dziesiątki tysięcy osób na całym świecie wstępuje w szeregi skautów, kontynuując dzieło rozpoczęte przez sir Baden-Powella i jego żonę. W Polsce za założyciela harcerstwa uważa się Andrzeja Małkowskiego, którego w działaniach wspierała małżonka Olga Drahonowska. Symbol lilijki, chusta i mundur są wizualnym znakiem przynależności do organizacji skautowej. W Polsce główne organizacje harcerskie to ZHP czyli związek Harcerstwa Polskiego, ZHR – Związek Harcerstwa Rzeczpospolitej oraz Związek Harcerstwa Katolickiego Zawisza. W Irlandii główną organizacją skautowską jest Scouting Ireland. Z połączenia idei polskich i irlandzkiej organizacji powstał przed kilku laty 87 Polski Szczep w Dublinie, działający w ramach Scouting Ireland. Funkcję komendanta pełni Mirosław Karczmarczyk, za działalność na rzecz społeczności polskiej uhonorowany w 2010 roku tytułem Polak Roku. Wraz z Joanną Olszewską oraz Elizą Bielewicz prowadzą drużynę harcerzy starszych, a ich życie podporządkowane jest idei zapoczątkowanej przez generała Baden – Powella. Każdą wolną chwilę spędzają z harcerzami przekazując im wartości, na jakich bazuje skauting.
‘Często zabieramy naszych harcerzy na bazy obozowe, gdzie doskonalimy nasze umiejętności z takich dziedzin jak pierwsza pomoc, pionierka, camping, backwoods, uczymy się również jak przetrwać lesie. Chodzimy na wędrówki górskie, biwakujemy, odwiedzamy muzea, bierzemy udział w różnych imprezach polskich i irlandzkich. Gdy nie jesteśmy z harcerzami, to spedzamy czas aktywnie z innymi liderami” mówi Joanna. Oboje nie pamiętają wolnego weekendu, który spędziliby inaczej niż w gronie skautów. Również wakacje zaplanowali po harcersku. Nie na Majorkę czy gorące plaże Hiszpanii, ale pod namiot i do pracy wolontariackiej wybierają się oboje na przełomie lipca i sierpnia. Uczestniczyć będą w harcerskim Jamboree, cyklicznej imprezie organizowanej co cztery lata, za każdym razem w innym kraju. Tym razem jest to Szwecja. Razem z druhem Mirkiem i druhną Joasią Irlandię a jednocześnie Polskę, reprezentować będzie Anita Regucka-Kwaśnik, współzałożycielka 87 Polskiego Szczepu w Dublinie, obecnie komendantka szczepu irlandzkiego.

Ideę Jamboree druhna Joanna tłumaczy bez zastanowienia:
„Jamboree to inaczej Światowy Zlot Skautów. Odbywa się co 4 lata, zawsze w innym kraju. W tym roku odbędzie się w Szwecji a dokładnie w Rinkaby, koło Kristianstad (w 2007 roku na 100-lecie powstania skautingu zlot odbył się w Anglii). Trwać będzie od 27 lipca do 7 sierpnia. Na Jamboree tak jak mówi sama nazwa Światowy Zlot Skautów, przyjeżdżają skauci z całego świata, których organizacje należą do WOSM-u (Światowej Organizacji Ruchu Skautowego).Na Jamboree jako uczestnicy jadą dzieci i młodzież w wieku 12 – 17 lat, a powyżej 18 roku życia można
być kadrą lub jechać do pomocy jako IST (international service team).”
Joanna, Anita i Mirek podczas Jamboree nie będą wypoczywać. Wprawdzie cała impreza przygotowana jest dla młodzieży, niemniej jednak to na dorosłych czyli w nomenklaturze irlandzkiej: liderach, spoczywać będzie odpowiedzialność za prawidłowy przebieg całości.
„Jeszcze nie wiemy co będziemy dokładnie robić na Jamboree. Pewne jest, że będziemy pracować w grupach z ludźmi z różnych zakątków świata. Jak do tej pory wypełniliśmy kwestionariusze, gdzie musieliśmy napisać na ile znamy język angielski, z jakich dziedzin jesteśmy dobrzy i co chcielibyśmy robić. Widać Szwedzi chcą zrobić nam niespodziankę i wszystkiego dowiemy się na miejscu. Będzie tam na pewno wiele pracy dla kilku tysięcy skautów z IST. Jedni będą pomagali w pionierce, inni będą działać jako pomoc medyczna a jeszcze inni będą prowadzili zajęcia.”
Po powrocie z Jamboree Joanna i Mirek powrócą do swoich codziennych zajęć. We wrześniu ponownie spotkają się ze swoją drużyną. Zgraną paczkę przyjaciół stanowią w niej nastoletni chłopcy i dziewczyny. Oprócz drużyny harcerzy starszych 87 Polski Szczep to także drużyna harcerzy młodszych (cubs) oraz zuchy. Wyjścia w góry, budowanie szałasów, zawiązywanie nowych przyjaźni, przygody biwakowe to tylko niektóre z powodów, dla których harcerzom i ich rodzicom chce się przychodzić na zbiórki. Na pytanie jak zachęciłaby młodych ludzi do wstąpienia w szeregi harcerstwa, druhna Joanna odpowiada:
.Młody człowiek musi przyjść do nas i zobaczyć co robimy, jaka jest u nas atmosfera, aby stwierdzić że chce być jednym z nas. A zresztą wystarczy popatrzeć na naszych harcerzy, są wesołą i zgraną paczką i to mówi samo za siebie”.

Mimo wakacji, harcerze nie mają przerwy na wypoczynek. Cały czas można kontaktować się z nimi za pomocą strony internetowej www.87dpg.plscout.com oraz pisząc na adres mailowy info@plscout.com. Jako ludzie z pasją, z pewnością są w stanie przekazać młodym ludziom te wartości, które w pośpiechu życia codziennego niejednokrotnie są zapominane, a które poprzez prawo harcerskie stały się dla tysięcy osób drogowskazem na całe życie.

Łowcy skarbów

artykuł opublikowany na portalu gazeta.ie

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Niedzielne popołudnie, plaża w Shankhill. Dwóch mężczyzn przeczesuje spore usypisko kamieni. W oddali widać bawiące się foki, nie bez powodu bowiem miejsce to nosi nazwę Seal Beach. Nagle jeden z mężczyzn wydaje triumfalny okrzyk, po czym obaj skupiają się nad niewielkim plastikowym pudełkiem, jednym z tych, do których pakuje się drugie śniadanie. Wpisują się do małego notesu, zamykają pudełko i odnoszą na to samo miejsce. Po czym znikają z plaży. Zagadkowe dla niewtajemniczonych czynności wykonywane przez tych dwóch mężczyzn to część wielkiej, outdoorowej gry znanej na całym świecie jako ‘geocaching’.

Za pierwowzór geocachingu uważa się powstałą ponad 150 lat temu grę ‘letterboxing’. Główna idea opierała się na pomyśle chowania szczelnie zamkniętych pojemników w miejscach powszechnego dostępu, np parkach, lasach, nad jeziorami. W pojemniku znajdował się notes, w którym poszukiwacz wpisywał swoje imię. Wskazówki, gdzie znajdują się kolejne pudełka można było znaleźć w specjalnych katalogach. Wiadomości o najtrudniejszych do zdobycia, elitarnych, przekazywano sobie ustnie.

Dzisiejszy geocacching wykorzystuje nowoczesne technologie i wychodzi naprzeciw ludziom lubiącym spędzać aktywnie czas na powietrzu. Wędrówki po lasach, górach, ale także ulicami miast wzbogacić można o piracki element – szukanie skarbu. Pojemniki, w spolszczonej wersji nazywane ‘keszami’, znajdują się we wszystkich możliwych miejscach świata. Gra powstała ponad 10 lat temu   i do dzisiaj zafascynowali się nią ludzie z ponad 150 krajów. Na specjalnej stronie internetowej, skupiającej społeczność ‘geocacherów’, znajdują się dokładne opisy każdego pojemnika. Sklasyfikowane są w kategorii od najłatwiejszego poprzez bardziej wymagające do takich, które znajdują tylko prawdziwi profesjonaliści. Strona podaje dokładne parametry geograficzne oraz wskazówki jak dotrzeć do celu. W Internecie funkcjonują ponadto fora, na których geochacherzy codziennie umieszczają setki wpisów, dyskusji, fotografii. Cała zabawa polega jednak na zachowaniu tajemnicy – nawet jeśli znalazło się ‘kesz’, etykieta geocachingu nie zezwala na publikowanie szczegółów poszukiwań.

Pan Marcin Kisio z Balbriggan bierze udział w geocachingu od ponad roku. Każdy swój wyjazd, zarówno służbowy jak i prywatny, z rodziną, przygotowuje najpierw pod katem ‘keszów’. Na stronie internetowej czyta wskazówki, jak znaleźć pojemnik, czy jest on duży i w jakim dokładnie położeniu geograficznym znajduje się zdobycz. Uzbrojony w najnowszej generacji GPS, pozwalający namierzyć obiekty z dokładnością do dwóch metrów,  buszuje po odludnych ścieżkach, sprawdza czy cegły w budynku nie są obluzowane i czy coś się pod nimi nie kryje, wchodzi do mokrych kanałów, sprawdza rury i sztachety w płotach. Nierzadko natrafia na innych geocacherów, z którymi dzieli się doświadczeniami na temat już odnalezionych  pojemników. Na koncie pana Marcina znajduje się ponad  200 ‘keszów’. Część z nich odnalazł w Polsce, pozostałe w Wielkiej Brytanii i Irlandii.

„Kesze” mogą być różne. Czasami to wielkie pudło po amunicji lub szczelnie zamknięte wiadro. Najpopularniejsze, ze względu na praktyczne zastosowanie i łatwą dostępność, są plastikowe pudełka. Najtrudniejsze do odnalezienia są tzw. ‘kesze’ makro. Pan Marcin wspomina jedyny jak dotąd znaleziony przez siebie miniaturowy skarb: w plastikowym pudełeczku po kliszy fotograficznej ktoś umieścił  zeszyt jak dla krasnala i ołówek z Ikei. Pojemniki z notesami oraz drobiazgami, zostawianymi tam przez współczesnych poszukiwaczy skarbów, znajdują się czasami w naprawdę niezwykłych miejscach. Nurkowie umieszczają je np na wrakach statków, zatopionych na dnie oceanu. Najbardziej brawurowi geocacherzy’ zawieszają swoje pudełka na niebezpiecznych przęsłach wysokich mostów, zakopują je w ziemi, ukrywają w wilgotnych, mulistych kanałach. Czasami aby odnaleźć pojemnik docelowy, należy najpierw odkryć kilka naprowadzających. Im trudniejszy do znalezienia, tym ‘kesz’ jest cenniejszy dla uczestników gry.

Z pozoru dziecinnie prosta gra jest tak naprawdę częścią wielkiego ruchu aktywności outdoorowej, coraz bardziej popularyzowanego w krajach wysoko rozwiniętych. Po kilkudziesięciu latach spędzonych przed telewizorem, społeczeństwa zaczynają czuć przesyt siedzącym trybem życia. Coraz więcej jest więc rowerzystów, ludzi wędrujących po górach, nurków czy podróżników zapędzających się w najodleglejsze zakątki globu. Każdemu z tych działań geocaching dodaje smaczku i podnosi adrenalinę. Poszukiwanie ‘keszów’ jest bowiem odpowiedzią na atawistyczną potrzebę eksplorowania, odnajdywania, a także kolekcjonowania.  W grze biorą udział ludzie wykonujący najprzeróżniejsze zawody, Amerykanie, Australijczycy, Azjaci i Europejczycy, a nawet…naukowcy na biegunie polarnym.  Geocaching jest doskonały sposobem na spędzenie wolnego czasu zarówno dla rodzin, grup przyjaciół jak i odludków, samotników. Odnalezienie pojemnika, wpisanie swojego imienia do „logbook’a” czy wymiana drobnych przedmiotów (breloczki do kluczy, modelinowe ludziki, kolczyk, fotografia ) to wspaniała zabawa dla lubiących przygodę, odkrywanie nowych miejsc i poszerzanie kręgu znajomych o ludzi, którzy dzielą tę samą pasję i podobnie patrzą na świat.

Kto się boi ciemności?

 artykuł opublikowany na portalu gazeta.ie

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Kiedy w 2007 roku mieszkanka jednego z osiedli w dublińskiej dzielnicy Tallaght zawiadomiła sąsiadów i urząd miasta o tym, że w jej domu straszy, wszyscy się śmiali. Kobieta rzekomo słyszała hałasy na schodach, otwierane drzwi, szepty, pukania w ściany.  Po mieszkaniu w sposób niekontrolowany samoistnie przemieszczały się drobne przedmioty: długopisy, łyżeczki, wazoniki. Samotnie wychowująca trójkę dzieci Martha Cousins kilka miesięcy bezskutecznie próbowała swoim przypadkiem zainteresować władze lokalne, prosząc o zamianę mieszkania na inną lokalizację. Sprawę za ciekawą uznał ostatecznie magazyn Irish Daily Mirror, który w sieprniu tego roku na pierwszej stronie opublikował mrożący krew w żyłach artykuł „Ghosts want to kill my kids” (Duchy chcą zabić moje dzieci). Zdesperowana brakiem odzewu ze strony ‘city council’ kobieta podjęła w końcu sama próbę rozwiązania problemu. Dziennikarzowi gazety wyznała, że udało jej się porozumieć z duchami, krążącymi po jej domu, które bez litości oznajmiły, że dom był, jest i zawsze będzie nawiedzony. Winą za to obarczać może fatalne miejsce, w którym postawiony został budynek. Martha Cousins dowiedziała się, że mieszka w domu bezpośrednio łączącym się niewidocznymi, podziemnymi drogami z legendarnym Hellfire Club w Dublin Mountains. Ciemny, przypominający czaszkę masyw ruin widać z Tallaght doskonale. Miejsce od dawna uważane jest za przeklęte. W XIX wieku odbywały się tam podobno msze satanistyczne, a ówcześni mieszkańcy okolicy zostawili przekazy o nocnych marszach z pochodniami i zatrważającej ilości czarnych kotów, jakie można było tam spotkać. Dzisiaj to głównie miejsce popołudniowych spotkań lokalnej młodzieży oraz cel pieszych wędrówek turystycznych, nadal jednak legenda Hellfire Club żywo pobudza wyobraźnię wielu osób.

Na kilkanaście dni przed świętowanym hucznie Halloween, z ciemności nocy wyciągane są wszystkie zjawy i irracjonalne strachy, jakie kulturze celtyckiej przez wieki udało się stworzyć. Dublin pełen jest miejsc, w których straszy, po ulicach krążą czarne psy, bezgłowi jeźdźcy i czarownice. Jedną z najbardziej przerażających postaci jest ‘banshee’, irlandzka wysłanniczka śmierci. Strach przed nią zakorzeniony jest głęboko w wyspiarskiej mentalności. Mimo postępującej racjonalizacji myślenia, nadal grozę budzi kobieta bez ciała, obdarzona jedynie wysokim, przenikliwym głosem. ‘Banshee’ jest duchem skomplikowanym i działającym w sposób zaplanowany, co czyni jej wizyty niezwykle mrocznymi. Według irlandzkich legend i podań, przychodzi do jednego, wybranego przez siebie członka rodziny i podnoszącym włosy na głowie piskiem zawiadamia go o śmierci kogoś bliskiego. Czasem pojawia się we śnie, czasem podchodzi bliżej, wtapiając się w nocne wycia kotów i pohukiwania sów. Jeśli ktoś miewa przeczucia, że w rodzinie wydarzy się coś złego, ktoś poważnie zachoruje albo umrze, to prawdopodobnie jest tym wybranym, to on doświadcza wizyt wysłanniczki śmierci.


Irlandia i Wielka Brytania to niewątpliwie kraje, które uwielbiają się bać, a noc halloweenowa sprzyja zaspokajaniu potrzeby horroru. Mimo, że pozornie wszystkie działania mają wówczas charakter ludyczny, tak naprawdę stoi za nimi wiele wieków rozbijania niewidzialnej granicy między światem zjaw i ludzi. W świetle dziennym trudno się nie śmiać z opowieści o zjawiskach paranormalnych, kiedy jednak wraca się  pustymi ulicami, w środku nocy do domu, podskórnie odczuwa się lęk przed nieznanym. Szczególnie, kiedy wiadomo, że np po ulicy Cabra wałęsa się olbrzymi, czarny pies. Jest przerażający, a jego bezpośredni związek ze światem diabelskim symbolizują ciężkie łańcuchy, jakie za sobą ciągnie. Pies jest postacią, jaką przybrał duch okrutnego sędziego, który w XIX wieku bezlitośnie skazywał na śmierć nawet za najmniejsze przewinienia. Przeklęty na łożu śmierci przez jedną z pokrzywdzonych wdów, do dzisiaj błąka się po okolicach Cabra, nie dając spać mieszkańcom. Za miejsca nawiedzone w Dublinie uważa się ponadto rejony wokół St. Stephen’s Green, gdzie spotkać można autobusy bez kierowców i pasażerów, sunące bezgłośnie po słabo oświetlonych ulicach; to także Croke Park, gdzie grasuje bezgłowy jeździec i Rathfarnham Castle z dobrze znanym mieszkańcom psem z innego wymiaru.

Na kilka dni przed Halloween irlandzkie audycje radiowe i programy telewizyjne wypełniane są tematami o duchach, a ludzie z wielkim przejęciem opowiadają na antenie o swoich niezwykłych przeżyciach. Plastikowe, chińskie zabawki w sklepach są zazwyczaj jedynie śmieszne, czasem przybierają jednak przerażające kształty. Dublin zamienia się w nawiedzone miasto, gdzie nawet małe dzieci bez mrugnięcia powieką przebierają się w prześcieradła i malują na twarzach krwawe blizny. Płonące w wielu miejscach ogniska nie są jedynie przejawem wandalizmu, mimo że często w ofierze składane są przedmioty kradzione, a iskra zapalna dosięga niejednokrotnie również samochody na ulicach czy kontenery na śmieci. W szerszym aspekcie jednak ogień ten jest kontynuacją rytualnych spotkań sabatowych, kontaktów z siłami nadprzyrodzonymi, buntu przeciwko podziałowi świata na materialny i metafizyczny. Wielka machina hallloweenowa już w tym roku ruszyła, miliony kostiumów i dekoracji zalało Irlandię i Wielką Brytanie, Amerykę i sporą część kontynentalnej Europy. Jak od wieków, tak i teraz ulice zapełnią się duchami, broczącymi ofiarami szubienicy i kata oraz wiedźmami. Kto wie, czy wśród nich nie znajdzie się prawdziwa ‘banshee”…

Zajęcia wyrównawcze

artykuł opublikowany na portalu gazeta.ie
iStock_000015455741XSmall Kiedy uczeń słabo radzi sobie z omawianym materiałem, kiedy robi błędy, zbyt długo zastanawia się nad czytanym wyrazem, wtedy skierowany zostaje na zajęcia wyrównawcze.
W ramach nadgodzin nauczyciele przedmiotowi uczą kilkuosobowe grupy tego, za czym nie udało się nadążyć w klasie. Wyrównawcze to zazwyczaj jedna popołudniowa godzina w tygodniu. Taki model douczania uczniów słabszych znamy ze szkół w Polsce. W irlandzkim systemie edukacji problem dzieci pracujących wolniej lub z większą trudnością niż ich rówieśnicy, został rozwiązany zupełnie inaczej.
Zajęcia wyrównawcze podzielone są na trzy sektory. Pierwsza to tzw. ‘resource’ czyli indywidualne wyrównanywanie braków i pomoc we wszystkich najważniejszych przedmiotach szkolnych oraz zajęcia poprawiające koncentrację, nauka odpowiednich zachowań społecznych, trochę ruchu fizycznego. ‘Resource’ to kompleksowe wsparcie dziecka, zarówno merytoryczne, jak i pobudzajace kreatywność i usprawniające techniki uczenia się. Z tego typu zajęć korzysta większość dzieci ze zdiagnozowanym ADHD, zespołem Aspergera, nadwrażliwością.
Inną formą nauczycielskiej pomocy dzieciom są zajęcia wyrównawcze z poszczególnych przedmiotów. Pod koniec każdego roku uczniowie piszą testy zwane Micra i Sigma. Nie przygotowują się do nich w żaden specjalny sposób w domu, testy bowiem sprawdzają kompetencje z całego roku. Ułożone zgodnie z zaleceniami nowoczesnych metod edukowania, sprawdzają nie tylko wiedzę, ale również zdolność logicznego myślenia, spostrzegawczość, płynność w pisaniu, umiejętność czytania instrukcji. System punktowy oceniania testów Sigma i Micra pozwala na szybkie zaklasyfikowanie dziecka do grupy uczniów potrzebujących pomocy. Wynik poniżej wymaganych norm predestynuje do uczestniczenia w zajęciach wyrównawczych z przedmiotów w których widać największe braki. Mimo kontrowersji, że jeden test decyduje o całorocznym sposobie nauczania dziecka – bo przecież mogło mieć gorszy dzień, mogło czuć się chore, a to wpływa na koncentrację i sposób udzielania odpowiedzi – Sigma i Micra są testami kompleksowymi, mierzącymi umiejetności na różnych poziomach trudności i za pomocą zróżnicowanych zadań. W związku z tym – są wiarygodne. O wyniku testów rodzic w przeciwieństwie do realiów polskich, nie jest informowany od razu, mimo że testy sprawdzane są przez nauczyciela w tej samej szkole. Najczęściej procedura wygląda tak, że uczniowie piszą testy w maju lub czerwcu, a o wynikach rodzice informowani są podczas jednorazowego spotkania z nauczycielem np. w listopadzie. Warto wiedzieć, że każdy rodzic ma prawo wglądu do testów swojego dziecka.
Pomoc, jaką dziecko otrzymuje w ramach konkretnych przedmiotów, czyli ‘learning support’ to zadania matematyczne lub usprawnianie umiejętności czytania lub pisania. Zajęcia mają charakter merytoryczny, a uczeń dostaje dodatkowe zadania domowe.
Trzecim rodzajem pomocy pedagogicznej, udzielanej uczniom jest tzw. ‘English support’.
W bardzo małych grupach dzieci uczą się podstaw gramatycznych i opanowują słownictwo związane z konkretnymi dziedzinami życia.
Wszystkie rodzaje zajęć wyrównawczych prowadzone są przez nauczycieli z danej szkoły. System irlandzkiej edukacji w szkole podstawowej (od Junior Infants do szóstej klasy) zakłada, że nauczyciel pracuje z jedną klasą cały rok, ucząc wszystkich przedmiotów, po czym (najczęściej) obejmuje inną klasę lub zostaje nauczycielem jednego z wyżej wymienionych przedmiotów dodatkowych. I tu zaczynają się podstawowe różnice między szkołą irlandzką a polską. Poloniści, matematycy, angliści w Polsce prowadzą zajęcia dodatkowe w ramach swojego 40-godzinnego pensum czyli wymaganego wymiaru godzin. Zawsze jednak po lekcjach, dodatkowo opłacani.
W Irlandii wszystkie zajęcia dodatkowe odbywają się w ramach regularnych lekcji. Pedagodzy od ‘resource’, ‘learning support’ czy ‘English support’ rozpisują swoje grafiki na początku roku, tak aby wypełnić 5,5-godzinny dzienny czas działań. W praktyce wygląda to tak, że dzieci zabierane są na wyrównawcze w trakcie innych lekcji. Zazwyczaj na pół, czasem na całą godzinę. W szkole podstawowej pracuje się blokowo. Kiedy dany przedmiot zostanie zrealizowany, nauczyciel – nie robiąc przerw – płynnie przechodzi do następnych. Uczeń, zabrany np. z matematyki, nie wraca już do swojej pracy, ale wchodzi z powrotem do klasy w momencie, gdy jego koledzy są w środku zupełnie innych zadań np. z irlandzkiego czy angielskiego. Biorąc pod uwagę, że pomoc udzielana jest dzieciom w różnym stopniu nie radzacym sobie ze szkolnym materiałem, trudno zrozumieć ideę wyrywania ich w toku działań, przemieszczania do innej sali i ponownego dołączania do grupy, w momencie gdy ta pracuje nad zupełnie nowymi zagadnieniami. Korzyści płynące z uczestniczenia w zajęciach wyrównawczych są nie do przecenienia. Indywidualne zajęcia w widoczny sposób usprawniają czytanie, pisanie czy liczenie, jednocześnie jednak w zapomnienie odchodzi materiał omawiany na lekcji. Przy założeniu, że dziecko ma godzinę dziennie ‘resource’ daje to 5 godzin nieomówionych lekcji w skali tygodnia. Nauczyciele nie wymagają uzupełniania brakujących ćwiczeń i zadań w domu, tym sposobem więc dziecko do wielu problemów nigdy nie dociera. Koło wydaje się zamykać, kiedy uświadomimy sobie, że właśnie o te lekcje mogą być zapytani podczas kończacych rok szkolny testów Sigma i Micra. Decyzji rodziców zawsze pozostawia się zgodę na uczestniczenie dziecka w zajęciach wyrównawczych. Jest to jednak zazwyczaj formalność, kiedy bowiem pociecha potrzebuje pomocy, żaden rozsadnie myślący rodzic mu jej nie odbierze. Praca w domu na pewno poprawia sytuację dziecka. Regularne odrabianie zadań domowych, nawyk czytania książek – po polsku i angielsku – wykonywanie z synem czy córką zadań matematycznych, to brzmiące banalnie, ale niezwykle skuteczne metody długofalowego przygotowania do testów. W przypadku ‘English support’ sprawa wydaje się jasna. Aby dziecko nie musiało uczestniczyć w tych zajęciach dodatkowych, wystarczy przygotować je zanim zostanie uczniem klasy Junior Infants. W przypadku gdy cała rodzina mówi w domu po polsku, gdy ogląda się polską telewizję i spotyka głównie z polskimi znajomymi, trudno oczekiwać, aby maluch był w stanie płynnie porozumiewac się w innym języku. Jedyną skuteczną opcja jest wówczas wysłanie go do irlandzkiego przedszkola, na kilka godzin dziennie, na rok lub dwa przed planowanym wysłaniem do szkoły. Kilka tygodni stresu, związanego z odłączeniem od rodzica (normalnym w każdym, również polskim przedszkolu) oraz zmianą języka komunikacji, skończy się szybko. Przebywanie w gronie rówieśników porozumiewających się angielskim na poziomie ‘native’, da dziecku swobodę wypowiadania się  oraz bezboleśnie nauczy wszystkich niezbędnych konstrukcji gramatycznych i idiomów. A stąd już tylko krok do osiagnięcia sukcesu w szkole i pełnego wykorzystania bogactwa oferowanej wiedzy i umiejętności.
Pani Karolina Chudy z Castleknock od początku nie zgadzała się z decyzją przydzielenia jej dziecka do grupy ‘English support’. Jej syn Mateusz mówi po angielsku płynnie. Dwa lata uczęszczał do irlandzkiego ‘creche’ w pełnym wymiarze godzin. Mateusz często nie znajduje polskich słów na określenie otaczającej go rzeczywistości, a na podwórku bawi się ze swoimi kolegami, posługując się wyłącznie angielskim. W dodatku z moncym, dublińskim akcentem. Mówi płynnie i wyraźnie widać, że to język nowej ojczyzny jest dla niego łatwiejszy. Kiedy pani Karolina dowiedziała się, że jej syn chodzi na zajęcia dodatkowe z angielskiego, tracąc tym samym inne przedmioty, poprosiła o spotkanie z nauczycielem wychowawcą oraz dyrektorem szkoły. Ku jej wielkiemu zdumieniu okazało się, że Mateusz ma chodzić na ‘English support’, bo…jego rodzice są Polakami. Sprawę najczęściej przesądza się automatycznie. Po długiej i ożywionej dyskusji, pani Karolinie udało się przekonac pedagogów, że jej dziecko w pełni rozumie, co mówią do niego nauczyciel i rówieśnicy. Po uważnej rozmowie z Mateuszem przekonali się, że miała rację. „Zabieranie go z zajęć prowadzonych po angielsku po to, aby uczyć go angielskiego, wydaje mi się kompletnie pozbawione sensu. Mateusz nie musi uczyć się nazw kolorów i dni tygodnia, bo jego poziom angielskiego w niczym nie odbiega od języka rówieśników, będących Irlandczykami.”
Jak zwykle, kij ma dwa końce. Z jednej strony korzyści płynące z uczestniczenia w zajęciach dodatkowych są realną szansą na poprawienie wyników osiaganych w szkole, a co za tym idzie, na ogólne samopoczucie dziecka. Z drugiej strony nie do końca zrozumiały dla polskich rodziców system udzielania pomocy może prowadzić do nieporozumień i poczucia, że uczniowi wyrządza się niedźwiedzią przysługę.

Wybór artykułów ze zbiorów PBP za lata 2009-2012

Jordan, Alicja
Od aktywności motorycznej do formowania charakteru : pedagogika Marii Montessori / Alicja Jordan //  Wychowanie w Przedszkolu. - 2011, nr 9, s. 20-24
Aktywność motoryczna w wieku przedszkolnym jako stymulator rozwoju osobowości dziecka. Ważne jest dostrzeżenie u dziecka chęci samodzielnego działania i pozwolenie mu na to (pedagogika Montessori).
Sygnatura: C-19
Klinowska, Dorota
Pedagogika Marii Montessori / Dorota Klinowska // Dyrektor Szkoły. - 2009, nr 1, s. 50, 52
Uczenie dzieci ciszy. Ćwiczenie ciszy. Edukacja przedszkolna.
Sygnatura: C-1008
Lenkiewicz, Jolanta
Montessori dla małych i dużych / Jolanta Lenkiewicz // Wychowanie w Przedszkolu . - 2011, nr 1, s. 63-64
Praca metodą Montessori w przedszkolach Wielkiej Brytanii. Opis standardów nauczania, organizacji i kwalifikacji zawodowych nauczycieli w oparciu o tę metodę.
Sygnatura: C-19
Marczak-Pilipczuk, Magdalena
Lekcje ciszy / Magdalena Marczak-Pilipczuk // Wychowanie w Przedszkolu . - 2010, nr 4, s. 41-43
Przykłady scenariuszy lekcji ciszy, zgodnych z pedagogiką M. Montessori.
Sygnatura: C-19
Marczak-Pilipczuk, Magdalena
Praca nauczyciela według metody Marii Montessori / Magdalena Marczak-Pilipczuk //  Wychowanie w Przedszkolu . - 2011, nr 3, s. 24-28
Założenia i cele metody. Rola i zadania nauczyciela w tej metodzie. Przykład zajęć do wykorzystania w przedszkolu i edukacji wczesnoszkolnej.
Sygnatura: C-19
Surma, Barbara
Katecheza Dobrego Pasterza : innowacyjne rozwiązania w wychowaniu religijnym dziecka / Barbara Surma // Wychowawca. - 2012, nr 4, s. 12-13
Przekaz prawd wiary dzieciom w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Katecheza Dobrego Pasterza a metoda Montessori.
Sygnatura: C-1009

Polka prowadzi irlandzkie przedszkole

artykuł ukazał się na portalu gazeta.pl/ londyn oraz portlau zycie.ie a także w gazecie "Życie w Irlandii. The Polish Times"
rozmawiała Jolanta Lenkiewicz
2007-12-17, ostatnia aktualizacja 2007-12-17 00:00

Rozmowa z Urszulą Huba - Kuzemko, właścicielką dublińskiego przedszkola



Od ponad roku prowadzisz własny "creche" (tak Irlandczycy nazywają przedszkole - przyp. red.). Czy to, co robiłaś zawodowo wcześniej, wiąże się z Twoim obecnym zajęciem?

Tak, jestem w pełni do tej roli przygotowana, zarówno pod względem wykształcenia, jak i doświadczenia. Ukończyłam w Polsce Chrześcijańską Akademię Teologiczną, kierunek pedagogiczny. Kiedy przyjechałam do Irlandii, pracowałam jako niania trójki dzieci. Współpraca z rodziną, dla której pracowałam, układała się na tyle dobrze, że w podziękowaniu za moje starania, a także aby zatrzymać mnie dłużej przy sobie, ludzie ci opłacili mi kurs nauczania metodą Marii Montessori. Potem znalazłam pracę jako opiekunka w przedszkolu w Dublinie.

I pracowałaś jako nauczyciel Montessori?

Tak. Do "Stay and Play", czyli mojego obecnego przedszkola, przyszłam jako nauczyciel Montessori. Po kilku miesiącach pracy dowiedziałam się, że pani, która prowadziła je od 19 lat, przechodzi na emeryturę. Przejęłam interes w czerwcu 2006 roku. Przedszkole działa w tym samym miejscu, w tym samym budynku, jednak oczywiście wprowadziłam do niego swoje zmiany.

Na czym one polegały?

Wspólnie z zespołem pracujących dla mnie dziewczyn, opracowałyśmy autorski program "Happy Start". Zawiera on elementy metody Montessori (ze szczególnym uwzględnieniem sekcji tzw. practical life, czyli nauki życia codziennego), zajęcia muzyczno - ruchowe, kąciki zainteresowań, warsztaty plastyczne, zajęcia przyrodnicze. Dzieci kilka razy w tygodniu mogą uczestniczyć w zajęciach plastycznych, podczas których wykorzystuje się przeróżne techniki i materiały artystyczne.

A jak rodzice odbierają Wasz program?

Rodzice zareagowali na "Happy Start" bardzo pozytywnie. Doceniają naszą pracę, ufają, że nie tylko oferujemy ich dzieciom opiekę, ale także stymulujemy ich rozwój intelektualny, emocjonalny i społeczny.

To na co dzień. A jak obchodzicie święta?

W naszym kalendarzu sporo jest znaczących świąt. Tradycyjnie celebrujemy Wielkanoc (parada wielkanocna, szukanie jajek w ogrodzie), Boże Narodzenie (Mikołaj, prezenty, przyjęcie bożonarodzeniowe), Dzień Świętego Patryka, Halloween. Oprócz tego włączamy się w akcję pomocy dzieciom przewlekle chorym. Organizujemy tzw. "Pyjama Day", podczas którego wszystkie dzieci i pracownicy przychodzą do przedszkola w piżamach, robimy "Piknik dla Misiów", a przy okazji zbieramy datki na fundację Make a Wish, spełniającą marzenia chorych dzieci.

Czy do przedszkola przychodzą tylko irlandzkie dzieci?

Głównie tak. Mamy jednak grupkę dzieci polskich. "Stay and Play" daje im optymalne szanse startu, zanim pójdą do szkoły. Mały Jaś czy Kasia, przyjeżdżający z Polski i najczęściej nie mówiący po angielsku, mają trudne zadanie idąc do przedszkola irlandzkiego. Bardzo często przeżywają szok kulturowy, stresują się, że dokoła nich mówi się w języku, którego nie rozumieją, co dodatkowo zwiększa traumę, jaką jest rozstanie z rodzicami na kilka godzin. W swoim creche zatrudniam pracowników z różnych krajów - Irlandii, Mauritusa, są także Polki, które w sytuacjach szczególnie trudnych po prostu zaczynają do dziecka mówić znanymi mu słowami. Zasadą jednak jest mówienie po angielsku, z szacunku dla nie-Polaków, ale także po to, aby polskie dzieci nauczyły się tego języka, zanim zostaną rzucone na głębokie wody, do szkoły. Istnieją w Dublinie przedszkola polskie, w nich jednak dziecko nie nauczy się języka angielskiego, a co za tym idzie - nie zostanie odpowiednio przygotowane do kolejnego etapu edukacji.

Prowadzenie przedszkola to wielka odpowiedzialność, nie tylko za podopiecznych. To przecież prowadzenie firmy, kontrole Health Board i National Childrens Nurseries Associaton. Czy w natłoku spraw finansowych, roboty papierkowej, nie umyka zwykła radość z przebywania z dziećmi, przyjemność uczestniczenia w ich zabawie, rozmowach?

Nie, na pewno nie. To jest najważniejsze, kontakt z dziećmi, uczestniczenie w tej części ich życia, jaką spędzają w przedszkolu. Jestem właścicielką i menadżerką, ale także cały czas nauczycielką, opiekunką, przyjaciółką. Wypełniam te same obowiązki, co wszystkie moje pracownice. W codziennej pracy pomaga nam kilka wytycznych, o których nigdy nie zapominamy. Po pierwsze: traktuj dziecko tak, jak chciałabyś aby twoje własne było traktowane w innym przedszkolu. Po drugie: nigdy nie mów ani nie zachowuj się przy dziecku tak, jak nie zachowałbyś się w obecności jego rodzica.

Czy jest jakaś rada, która wobec tego mogłaby pomóc także rodzicom w wychowaniu dziecka w domu?

Z dzieckiem trzeba po prostu być. Być, nie bywać. Akceptować je takim jakie jest w czasie dobrych, ale także podczas gorszych dni, nie forsować własnych oczekiwań, ale widzieć je takim, jakie naprawdę jest, wyznaczać mu mądre jasne granice, i po prostu kochać. To gwarantuje sukces wychowawczy.